Inna Afryka

Siedzę właśnie w dużym pokoju… Z odtwarzacza na cały regulator leci afrykańskie disco polo, a na dworze zaczyna się straszny upał. Dach jest zrobiony z blachy, więc za chwilę cały dom będzie pożądanie nagrzany. Od kilku dni staram się zebrać w sobie, by coś napisać. Niestety, czas na to nigdy nie jest zbyt dobry- albo nie ma mnie w domu, albo nie ma prądu, czasami jestem zbyt zmęczona, a czasami zbyt leniwa… 🙂 Dzisiaj postanowiłam na przekór wszelkim niesprzyjającym okolicznościom usiąść do pisania. Zebrało się kilka istotnych spraw.

Przedwczoraj byłam z Davidem, Annet i Paulą w szkole dla dzieci głuchoniemych. Jechaliśmy około godziny. Myślę, że nie jest tam dalej niż 35 kilometrów, drogi są jednak fatalne. Nie wiem czy wiecie, ale jedynie najgłówniejsze są wylane z asfaltu. Reszta to po prostu ubita walcami glina. Zaraz po wykonaniu wyglądają naprawdę ładnie – do pierwszego deszczu… Tak więc po godzinie jazdy i porządnego trzepania, dojechaliśmy do szkoły. Byłam naprawdę zaskoczona. Instytut jest położony w pięknym miejscu, wszystko jest czyste i schludne. Spodziewałam się budynków z desek i wątpliwie wyglądającego akademika. Przywitał nas za to kompleks ładnych, murowanych domków. Kolejnym zaskoczeniem była dla mnie rozmowa z dyrektorem. Okazało się, że wszystkie opłaty za miesięczny pobyt wynoszą jedynie 110 000 uxg co na polskie złote wynosi jedynie 150 zł! Następnie miłą wiadomością było to, że jest wolne miejsce i od lutego Kaleb może iść do szkoły! Gdy go zapisywaliśmy nie wierzyłam, że to się dzieje. Dwa i pół miesiąca temu, miałam trzy marzenia jeśli chodzi tego chłopczyka. Pierwsze to to, by zaczął chodzić, następne – wizyta w Kampali i szkoła. Wszystkie w tej kolejności się spełniły! Pierwszego stycznia Kaleb zaczął chodzić. Gdy podszedł do mnie w kościele, myślałam, że się rozpłaczę z szczęścia, pierwszy raz widziałam go jak chodzi! Bóg jest naprawdę niezwykły. Następnie 6 stycznia byliśmy w Kampali, a kilka dni temu zapisałam go do szkoły! Tak się cieszę, że okazaliście temu chłopcu tyle serca, mimo że go nie znacie i zaczęliście go wspierać finansowo. Proszę, nie ustawajcie w tym, to dzieło jest naprawdę dobre.

Po załatwieniu wszelkich formalności ruszyliśmy w dalszą drogę. Była to podróż w głąb dzikiej Afryki. Wtedy chyba pierwszy raz poczułam, że jestem naprawdę w Afryce. Jechaliśmy ścieżkami pełnymi wypłukanych przez wodę głębokich bruzd. Na dworze było bardzo gorąco, wszędzie unosił się suchy, duszący pył. Czasami nie było czym oddychać. Trzęsło nami na wszystko strony… Jednak wszystko to było niczym w porównaniu z tym, co widzieliśmy… Jechaliśmy przez prawdziwie dzikie wioski. Żadnej cywilizacji, żadnego postępu – kompletny busz. Ludzie patrzyli na samochód tak, jakby widzieli go pierwszy raz, niektóre dzieci wystraszone uciekały. Czułam się tak jakby ktoś przeniósł mnie w inny świat. Małe okrągłe chatki, ulepione z błota, pokryte strzechą, poukrywane w gąszczu bananowych plantacji, krzywe ułożone z patyków ogrodzenia, nagie dzieciaki… Wszystko to sprawiało wrażenie tak inne, że trudno to opisać. Czasami wpatrywałam się w mijane wzgórza. Upstrzone były takimi malutkimi kupkami siana ułożonymi w stożek. Dopiero po pewnym czasie się zorientowałam, że są to maleńkie gliniane domki, a stożki siana to dachy… Widziałam już naprawdę biedne wioski, jednak zawsze były jakiekolwiek oznaki cywilizacji. A to gliniane domy pokryte blachą, a to stół bilardowy na środku miejscowości, murowany sklep, kilka murowanych domów, stragany, stoiska z jedzeniem, stary samochód,… Zawsze coś, a tam – nic! Żadnej cywilizacji. Taką drogą pośród wzgórz, plantacji i rozległych równin, dojechaliśmy do wioski, w której mieszka zaprzyjaźniony z Davidem pastor. Zatrzymaliśmy się w małym zajeździe, szumnie nazwanym hotelem i zjedliśmy obiad. Jeszcze dwa miesiące temu siedziałabym tam jak na szpilkach. Teraz pośród ubóstwa takich miejsc, potrafię dostrzec to co najważniejsze- czystość i schludność. Nie widzę już obdrapanych ścian, stołów i krzeseł nie do kompletu, uklepanej podłogi, za to czysty obrus i wypolerowane sztućce. Trudno to wytłumaczyć… Na początku wszystko wydawało mi się podejrzane. Kontrast miedzy Polską a Ugandą jest olbrzymi. U nas w Polsce nigdy bym nie weszła do takiej restauracji, nie mówiąc już o tym, by cokolwiek tam zjeść. Tutaj, obdrapane ściany, klepisko, krzywe krzesła, kolorowe szmatki zamiast firanek, chwiejące się stoły, nie mówią o niechlujstwie, brudzie i zacofaniu, jedynie o biedzie. Inna sprawa, że właściciel owego zajazdu z pewnością nie czuje się biedny. Myślę, że w mniemaniu miejscowej ludności uchodzi za biznesmena.

Po smacznym obiedzie – kasza z mąki kukurydzianej z fasolowym sosem, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po około czterdziestu minutach dojechaliśmy do obozu dla Kongijskich uchodźców. Bieda tego miejsca była naprawdę wstrząsająca. Obóz ciągnie się przez kilka kilometrów, a nie widziałam ani jednego murowanego budynku. Nawet najmniejszego, najuboższego. Wszystkie domy zrobione były z błota. Co mnie najbardziej zaskoczyło? – Mieszkający tam ludzie. To nie byli biedni wieśniacy, ludzie z buszu (to stwierdzenie nie jest obraźliwe, stosują je miejscowi). Po ubraniach, sposobie w jaki na nas reagują, po ich postawie, widziałem, że większość z nich pochodzi z miast. Mimo skrajnej biedy, dało się zauważyć inicjatywę ludzi bardziej świadomych. Nikt od nas nie uciekał, nikt też się nami zbytnio nie fascynował. Wstrząsnął mną ogrom tragedii, jaka musiała ich dotknąć. Za jakiś czas będziemy tam jechać z Davidem i Paulą by wesprzeć tych ludzi. Sukcesywnie, co jakiś czas, pastor i jego żona dokupują po worku ryżu,fasoli, cukru, zbierają też ubrania. Gdy ilość jedzenia i ubrań będzie wystarczające, pojedziemy tam, by im pomóc. I na koniec jeszcze mała ciekawostka – „sponsorami” ubrań dla Kongijskich dzieci, będą dzieci z domu dziecka! Posiadają po dwa lub trzy komplety ubrań, a jeden z nich chcą oddać ”tym biednym dzieciom z obozu uchodźców”.

Poniżej kilka zdjęć z obozu uchodźców.

w obozie uchodźcówobóz dla uchodźców 2

Najnowsze Komentarze
  1. Cioteczka i Kasia. |
  2. Agnieszka Żukowska |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *