Szalona podróż

Jakiś czas temu postanowiłam zrealizować jedno z moich marzeń- wyjazd do Sudanu. Nie wykluczam, że chciałabym tam kiedyś pracować. Kraj ten jest naprawdę trudny – bieda, bieda i jeszcze raz bieda, tysiące sierot i jedynie kilka organizacji, które mogą im pomóc. Postanowiłam więc, że chciałabym zobaczyć ten kraj i dowiedzieć się czegoś więcej o panującej tam sytuacji. Była to też dobra okazja by dostać na granicy wizę, ponieważ moja się właśnie kończyła. W podróż wyruszyłam z Betti – siostrą Annet, której mąż pracuje w Sudanie już od siedmiu lat.

Kyenjojo opuściliśmy o 5 rano. Podróż do Kampali zajęła nam około czterech godzin. Miasto to o godzinie dziewiątej tętni już szalonym życiem. Na ulicach tysiące samochodów poruszające się bez żadnych zasad, piesi, tragarze, motocykliści – wszyscy razem tworzą naprawdę dziwny twór. Nie wiem jakim sposobem taki ruch uliczny może w ogóle funkcjonować. Przechodzenie na drugą stronę ulicy jest wyczynem naprawdę ekstremalnym. Idąc zatłoczonym chodnikiem trzeba się mieć również na baczności ponieważ na ziemi na plecionych matach jest  porozkładane setki malutkich straganików z owocami i warzywami. Olbrzymie molochy w stylu komunistycznym, stare domy, drewniane szopy i nowoczesne budynki, zamieszanie na drogach, tłumy ludzi, wszystko to tworzy niezapomniane wrażenie. Po godzinie wędrówki dotarliśmy do miejsca, gdzie można było kupić bilety do Sudanu. Podejrzanie wyglądający naganiacz wyłapujący turystów zaprowadził nas do malutkiego biura. Zanim kupiliśmy bilety, upewniliśmy się, że są one prawdziwe i nie padniemy ofiarą oszustwa. Dostaliśmy informację, że nasz autobus odjeżdża o godzinie 20, tak więc mieliśmy dziesięć godzin czekania. Przez większość czasu padał deszcz więc ponad osiem godzin spędziliśmy w sudańskiej restauracji. Dostałam tam prawdziwą arabską kawę. Nasze europejskie esspresso jest naprawdę niczym w porównaniu z tą mocą… Gdyby nie to, że każdą z filiżanek rozcieńczałam mlekiem, nie byłabym w stanie wypić nawet kilku łyków. O godzinie 19 z ulgą wsiedliśmy do starego autobusu.

Trasa do granicy była koszmarem. Stary autobus trząsł się na dziurawych drogach. Całe wnętrze pełne było ostrych kantów i krawędzi, tak więc nawet będąc przytomnym trudno było chronić głowę, nie mówiąc już o jakimś minimalnym komforcie podczas snu. Gdy o 6 rano wysiedliśmy, by udać się do granicznego biura, miałam ze cztery siniaki na czole. Po ugandyjskiej stronie nie miałyśmy żadnych problemów. Do paszportu dostałam pieczątkę, że opuszczam kraj i udaliśmy się do sudańskiego biura emigracji oddalonego o niecały kilometr. Po godzinie czekania niemiły pan z okienka poinformował mnie, że mój międzynarodowy paszport nie ma dla niego żadnego znaczenia i muszę się znowu udać do Kampali do sudańskiej ambasady i kupić tam wizę, on niestety nie może mi jej dać, tak jak daje ją tysiącu Ugandyjczykom, ponieważ ja w odróżnieniu od nich jestem biała. Zrezygnowane zaczęłyśmy poszukiwania naszego autobusu, który znajdował się również po Sudańskiej stronie. Niecałą godzinę później zaczęłyśmy drogę powrotną przez granicę do Ugandy.  Niefortunnie Betti postanowiła zejść z głównej drogi, by skorzystać z toalety. Po kilku minutach podszedł do nas strażnik graniczny z zapytaniem co robimy w Sudanie. Gdy zobaczył, że nie mam wizy, zagroził mi więzieniem. Na nic się zdawały moje tłumaczenia, że byłyśmy w biurze granicznym i ze odmówiono mi pozwolenia na pobyt w jego kraju i właśnie wracam poszukać autobusu do Kampali. Był święcie przekonany, że robiłam w Sudanie nielegalne biznesy i właśnie po kryjomu wracam. W ostatnim momencie uratowała mnie pieczątka z datą, że tego samego dnia opuściłam Ugandę. Bardzo niechętnie puścił mnie wolno i zaczęłyśmy szukać połączania do Kampali. Po kolejnych dziesięciu godzinach, z drobnymi przygodami po drodze, pożądanie zmęczone, znalazłyśmy się w domu Peace – siostry Lilian. Postanowiłyśmy wypocząć i następnego dnia udać się do ambasady, by kupić dla mnie wizę.

1

Arabska kawa w sudańskiej restauracji w centrum Kampali.

Najnowsze Komentarze
  1. Joel |
  2. kaja |
  3. kurka |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *